Był 7 marca, niedziela ... bardzo dobrze pamiętam ten dzień.
Tego dnia, ojciec strasznie mnie pobił... za to, że stanęłam w obronie mojej matki.
Uciekłam z domu, nie zważając na to, czy ktoś mnie widzi.
I tak... cokolwiek bym nie zrobiła... nikt nie widział, "małej Jade"... nikt nie chciał jej widzieć.
Kiedy tak biegłam, przed siebie, strasznie płakałam.
Myślałam o śmierci... nie chciałam spędzić, ani minuty dłużej, na tym świecie...
Pobiegłam do parku... jest tam most... most ten mieści się nad rzeką...a rzeka, ta, jest bardzo głęboka.
Oparłam się o balustradę mostu, nadal potwornie płacząc.
Rana na ręce, zrobiona rozbitą butelką po alkoholu, strasznie piekła... A na podbite oko, już prawie nie widziałam.
W końcu stanęłam na tej balustradzie i właśnie miałam podnosić nogę.
Jednak ktoś mi przeszkodził.
Poczułam jak ktoś ciągnie mnie za, właśnie tą nogę.
Spadłam... lecz nie do wody, tylko w ramiona umięśnionego chłopaka, o brązowych oczach.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytałam wściekła
- Czemu Ty chciałaś to zrobić?
- Mam swoje powody...
- To mi je wymień.
- Nie znam Cię.
- Louis. - powiedział - Już mnie znasz.
To dziwne, ale poczułam u niego coś, czego nigdy nie odczuwałam.
Ktoś się mną zainteresował... Nie pozwolił mi zginąć.
Poczułam, że mu ufam.
Wytłumaczyłam mu wszystko.
Powiedziałam, o ojcu, o tym, że bardzo boję się o moją matkę... że bardzo się boję.
- Dziś zatrzymasz się u mnie... a...
- A moja matka?
- No właśnie... trzeba zadzwonić na policje...
Zgodziłam się... jednak byłam zbyt słaba by zadzwonić...
Gdy przyszliśmy do jego domu, opatrzył mi ranę, i zadzwonił po pomoc dla mojej matki.
Udostępnił mi swój pokój na tą noc, a sam spał na kanapie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz